sobota, 18 maja 2013

Osobowość poturbowana




Toksykologia to niesamowity oddział. W sali razem ze mną leży fajny facet. Zgolony bardzo krótko, zajebiście przystojny, ma około trzydzieści lat – czyli dla mnie idealnie. Odkąd pamiętam zawsze podobali mi się faceci starsi ode mnie. Gdy miałem 7-8 lat (tak, już wtedy) zerkałem z zaciekawieniem na tych z ósmej klasy, a gdy byłem siedemnastolatkiem wyraźnie w fantazjach zaczęli pojawiać się trzydziestolatkowie. Ten nie tylko był przystojny. Był lekarzem i – jak się okazało – miał także bujną fantazję. Razem z kolegami zrobili sobie imprezę, zaprosili jakieś panienki. Po kilku flaszkach wpadli na pomysł, żeby skosztować czegoś więcej. Przystojniak więc wypisał jakąś różową receptę na jakiś narkotyk i w efekcie znalazł się na toksykologii. Był niepokornym pacjentem – o wszystko pytał, a ostatnio na obchodzie usłyszał od lekarza reprymendę, że teraz jest w roli pacjenta i to oni go leczą – więc żeby się nie zapominał.
Na oddziale było mnóstwo nastolatków, a każda z ich historii była z serii kontynuacje i nawiązania do Romea i Julii. Dziewczyny, które wszelkimi sposobami truły się dlatego, że faceci wzgardzili ich miłością i przepełnieni bólem istnienia chłopcy, których ambicja nie zniosła tego, że ona od nich odeszła. Niektórzy byli tutaj kolejny raz i bali się, że przeniosą ich na psychiatrię. Szczególnie żal było gościa, który męczył się na OIOMie z tętnem 240, który przedawkował jakieś leki podnoszące ciśnienie. Wszyscy mówili, że niewyobrażalnie cierpi.
Mojego przystojniaka szybko zabrali z sali. Przyszedł lekarz i bezceremonialnie oznajmił:
- Mam dla pana niespodziankę. Ma pan żółtaczkę, przenosimy pana do izolatki.
Po tym jak się zachowywałem na oddziale nie mogę zrozumieć dlaczego personel pozwalał pacjentom korzystać z telefonu. Gdy tylko odzyskałem świadomość, splątanie mowy zmniejszyło się na tyle, że mogłem rozmawiać i odzyskałem możliwość chodzenia prosto coś we mnie wstąpiło. Zachowywałem się jakbym nażarł się nie tabletek uspokajających i nasennych ale jakiś powodujących euforię. Trudno to opisać, ale dostałem totalnie małpiego rozumu. Byłem przeszczęśliwy, że żyję, że się nie udało, że słońce tak ostro świeci za oknem. Z tej nienaturalnej euforii nie chodziłem, ale niemal unosiłem się nad ziemią. Byłem zupełnie nieracjonalny w swoim zachowaniu. Z entuzjazmem przywitałem chodzącego po oddziale księdza, który rozdawał komunię. Natychmiast mu się wywnętrzniłem, opowiedziałem że jestem gejem, że chciałem ze sobą skończyć ale się nie udało i że niewyobrażalnie się cieszę. On jednak nie podzielił mojego entuzjazmu – powiedział, że do przyjęcia komunii się nie nadaje i wyszedł. Jakoś zupełnie mnie to nie dotknęło. Byłem jak na haju. Zacząłem wydzwaniać do najbliższych znajomych i opowiadać im, że żyję i jestem z tego zadowolony.
Dopiera po dwóch dniach na spotkaniu z psychiatrą dowiedziałem się, że po ostrym zatruciu lekami pojawia się taki dziwny stan – chyba nazwał to psychozą intoksykacyjną i polecił pomyśleć dwa razy zanim do kogoś zadzwonię. Było jednak już za późno. W euforii, która mi towarzyszyła zdążyłem  poinformować o swoim stanie chyba wszystkich znajomych, do których miałem telefony.
Nie pamiętam, żeby rodzice mnie odwiedzili. Chyba rozmawialiśmy przez telefon, ale nic nie pamiętam. Zresztą pewnie nie było czego zapamiętywać. Choćby nie wiem co się działo, nie zachowywali się tak, jakby im na mnie zależało. Żeby zwrócić ich uwagę potrafiłem przechodzić z jednego ekstremum w drugie, a oni i tak zawsze zachowywali się tak samo.
Za to odwiedził mnie ksiądz. Był moderatorem oazy do której należałem. Był chyba pierwszym i najważniejszym wychowawcą, który wpłynął znacząco na moje życie. Jakiś czas temu zauważył, że dzieje się ze mną coś niepokojącego. Wcześniej pobożny i sumienny teraz stawałem się coraz bardziej nieobecny i drażliwy. Ostatnio mieliśmy spięcie. Właściwie nie wiem o co dokładnie poszło. O jakąś bzdurę. Faktem jednak jest to, że ostatnio uczestniczenie w życiu religijnym było dla mnie bardzo trudne i bolesne, a nawet dotkliwe wręcz fizycznie. Ostatnie pięć lat spędziłem na różnych obowiązkach związanych z byciem lektorem, animatorem. Praktycznie każdy wolny czas spędzałem albo w kościele, albo wśród znajomych z oazy. Teraz nie byłem w stanie wytrzymać w kościele dłużej niż do kazania. Robiło mi się gorąco, zaczynałem się dusić, a wszystkie święte figury zdawały się głośno krzyczeć słowa potępienia ze swoich niewzruszonych cokołów. No i ten rozpięty na krzyżu „Sokół”. Wydawało mi się, że wszyscy i wszystko co mnie otacza w kościele potępia mnie. To było na granicy jakiejś paranoi -  w każdym razie musiałem się ewakuować szybko z każdego nabożeństwa. Oczywiście takie moje nietypowe zachowanie nie mogło pozostać niezauważone. Więc któregoś dnia ów moderator zwrócił mi uwagę, a ja zareagował pierwszy raz w życiu bardzo ostro. Po takim wyskoku musiał się domyślić, że coś jest nie w porządku. Zadzwonił do mnie tej samej niedzieli po południu i powiedział, że musimy porozmawiać i to chyba natychmiast. W ciągu kwadransa miałem zjawić się na plebani. W czasie spotkania zapytał co się dzieje, a ja mu opowiedziałem: o tym, że jestem gejem, że walczę z tym od wielu lat, że nie daję już rady, że biorę leki uspokajające itd. Po wyrzuceniu z siebie tego wszystkiego spotkałem się z najmądrzejszą reakcją, jakiej można się spodziewać od duchownego. Popatrzył na mnie przerażony i powiedział tylko jedno – Nie potrafię ci pomóc i nie mam pojęcie co powiedzieć, bo boję się, że jeszcze pogorszę sytuację.
Teraz odwiedzał mnie – niedoszłego samobójcę – na oddziale w szpitalu. Był tą mniej srogą twarzą Kościoła. Nie potępiał, nie wymsknęło mu się nic, co mogłoby przeze mnie być tak odczytane.
Lekarze zastanawiali się czy przenieść mnie na detoks, psychiatrię czy wypisać. Nie było wątpliwości, że byłem już uzależniony od niektórych leków więc wszystko wskazywało na detoks. Jednak nie zgodziłem się. Bardzo chciałem wyjść już na świat. Za oknem niesamowicie świeciło słońce, był środek wakacji. Ja wprost kipiałem z radości, że żyję.
Lekarz poinformował, że mój test na HIV jest ujemny, ale powinienem go powtórzyć za kilka miesięcy, jeśli były jakieś ryzykowne zachowania. Mam zgłosić się natychmiast do poradni zdrowia psychicznego i pic dużo płynów…
Na koniec dostałem wypiskę z brzmiącą po łacinie informacją:
Tentamen suicidialis. Syndroma addictionis medicamentis. Perturbationes personalitatis (próba samobójcza, zespół uzależnienia lekowego, zaburzenia osobowości)

Aborcja



Mama wyszła na zakupy. Ostatnio jest jakaś dziwna. Często gdzieś wychodzi do lekarza, pęcznieje jej brzuch – to podobno jakaś cysta… Nie mam pojęcia co to jest, ale brzmi źle. Kojarzy się z cysterną, a mama faktycznie robi się trochę jak cysterna.
Tata jest w Niemczech i pracuje w jakiejś elektrowni atomowej. Przyjeżdża co kilka miesięcy i przywozi różne wspaniałości.
Wchodzę do kuchni, a tam na stole leży list do taty. Nie ma szans, żebym się powstrzymał i nie przeczytał. Od dawna jestem wścibski. W tym domu nikt z dziećmi nie rozmawia – wiadomo, ryby i dzieci nie mają głosu… Więc dzieci muszą same wszystko wyszperać, podsłuchać i z tych strzępów sklecić swoją wizję świata.
Do rodziców często przychodzą goście – to koleżanki taty z zakładu pracy. Na stół wjeżdżają wtedy przekąski, sałatki, śledziki, a alkohol leje się strumieniami. Wszystkie koleżanki taty są „przyszywanymi ciociami”. Z każdym łykiem alkoholu stają się bardziej wyluzowane i rozbawione, nie szczędzą ani słów, ani przekleństw, ani dosłowności. 
Ja wtedy zwykle czaję się w ciemnym przedpokoju na podłodze i podsłuchuję o czym rozmawiają. Oj, nasłuchałem się już wiele. Raz słyszałem, jak mocno pijana ciocia uświadamia mamę, że sperma ma bezpośredni wpływ na poczęcie się dziecka - pamiętam, że byłem zdumiony, bo dotarło do mnie, że moja własna matka mając dwoje dzieci właśnie dowiaduje się czegoś, co ja wiem już od dawna, a konkretnie od czasu, gdy przeczytałem książkę "O chłopcach dla chłopców". W tajemnicy przed światem także przeczytałem "O dziewczętach dla dziewcząt" - wstydziłem się ja jednak pożyczyć z biblioteki, więc ukradłem. Z wypiekami czytałem także "Ars amandi" Lwa Starowicz - nie mogłem pojąć jak można mieć na imię Lew, ale bez problemu pojąłem takie terminy jak fellatio czy lubricatio. Innym razem podsłuchałem jak ciocie radziły rodzicom, co robić z moją rodzącą się (przyznaję, że niezwykle wcześnie rodząca się) seksualnością. Oj, nasłuchałem się w tym przedpokoju.
Każda impreza kończy się między rodzicami cichymi dniami. Mama dostaje jakiejś obsesji zazdrości i podejrzewa, że tata ją z nimi wszystkimi zdradza w pracy. Tata w rewanżu na drugi dzień zwykle wraca do domu z pracy z dużym opóźnieniem i lekko wstawiony. Właściwie lubię, gdy wraca w tym stanie, bo rozdaje wtedy tzw. „zaskórniaki”. Wypłatę zawsze oddaje mamie całą, ale wszelkie fuchy zwiększają stan „zaskórniaków”. Najgorzej jest jednak wcześniej, zanim wróci. Mama kursuje wtedy od okna do okna i wypala paczkę papierosów. Jest ekstremalnie zdenerwowana, a my mamy okazję posłuchać, że na pewno jest u którejś z tych ździr i ona z pewnością właśnie myje mu plecy. One są bowiem wszystkie rozwódkami i tylko czyhają na jego chwile słabości…
Szczerze powiedziawszy nigdy nie uwierzyłem, że tata kiedykolwiek faktycznie mamę zdradził, z którakolwiek z nich.
Biorę do ręki list:
„To była ciąża – 3 miesiąc…”.
Czyli nie cysta – cokolwiek to znaczy.
Cięcie.

* * *
Matka jest maksymalnie wkurwiona. Ja wciśnięty w przedpokoju w kąt między drzwiami wejściowymi a ścianą zasłaniam się rękami, a ona mnie okłada w amoku wściekłości. Dzisiaj już nie pamiętam nawet jakich słów i sformułowań zwykle używała – ich przesłanie jednak było zawsze takie samo: za jakie grzechy Bóg pokarał mnie takimi dziećmi.
Nie mogę jednak zapomnieć jednego zdania, które pada pomiędzy jednym a drugim uderzeniem w twarz:
- Mogłam cię wyskrobać!!!
Cięcie.

Flesze na pryczy



– Jak się Pan czuje? Przy mojej szpitalnej pryczy stało kilka osób w białych kitlach i przyglądało się badawczo.
- Gdzie jestem i co się stało?
- Jest Pan w szpitalu. Nie pamięta Pan co się wydarzyło?
Faktycznie nie bardzo pamiętałem co się wydarzyło przez ostatnie dni, a może nawet tygodnie. W pamięci miałem tylko obrazy, które wskakiwały jak flesze przed moimi oczami. Stara meblościanka w naszym mieszkaniu, rozbebeszone łóżko, w którym spałem. Pamiętam, że co chwilę się przebudzałem, brałem do ręki strzykawkę, nakładałem igłę, odłupywałem kolejną ampułkę i robiłem sobie zastrzyk i dalej szedłem spać. Ja ostatnio ciągle spałem. Poczucie winy było nieznośne, świat był nieznośny i ja też byłem nieznośny. Jedyne co mogłem zrobić, to spać. Już kilka lat temu zacząłem podbierać mamie leki na depresję bo powodowały senność. Sen przynosił ulgę. Rozwiązywał wszystkie problemy – odchodziły, przestawały się liczyć. Najpierw były leki przeciwdepresyjne, potem mocne uspokajacze, potem silne przeciwbólowe w zastrzykach. Trzeba było brać ich coraz więcej by zasnąć. Cały czas byłem przekonany, że mam nad wszystkim kontrolę. Żeby było śmieszniej wszystko w absolutnie sterylnych warunkach. Nigdy żadnych narkotyków, ani szemranego towarzystwa. Wszystko prosto z apteki na kombinowane recepty. Każdy zastrzyk sterylną strzykawką i igłą. Nawet nie wiem kiedy straciłem nad sobą kontrolę. Wygląda na to, że ostatnie kilka tygodni spędziłem w półśnie. W nim było łatwiej podjąć ostateczną decyzję. Przepis na koktajl, który miał rozwiązać wszystkie problemy rozchodząc się po moim organizmie wraz z falą krwi był starannie przygotowany. Mieszanka wybuchowa, która nie mieściła się w jednej strzykawce.
Następny flesz: jestem w łazience, a na pralce rozłożone są wszystkie sprzęty i ampułki. Kolejny flesz – nie mogę się wkłuć. Cięcie. Kolejny: leżę w slipkach w łóżku. Cięcie. Przy łóżku siedzi łysy facet – jest naprawdę fajny, to mój lekarz rodzinny. Cięcie. Widzę jarzeniowe światła na suficie i gdzieś jadę. Cięcie. Jakiś gość do mnie coś krzyczy:
- Czy jest pan zakażony wirusem HIV?
- Nie wiem, zróbcie test…
Lecę w przepaść, jest ciemno.
Cięcie.
* * *

piątek, 17 maja 2013

Piaskownica babci Józi

http://ebraunstein.deviantart.com/

W kuchni panował lekki chaos. Babcia Józia krzątała się przy żeliwnej kuchni na węgiel. Szykowała pyszny rosół. Tym razem ugotowany chyba standardowo – na kurczaku. Wnuk był alergikiem, więc trzeba było mu gotować najdelikatniejsze potrawy. Dziadek Tadek, w zabudowaniach znajdujących się w pobliskim ogrodzie hodował gołębie. Niekiedy więc poświęcano jednego młodego na dietetyczną i delikatną zupkę dla Krzysia. Kamienica, w której mieszkali był sprzed wojny. W latach pięćdziesiątych dostali tutaj przydział od miasta.
Oboje pochodzili z Kresów. Babcia Józia z obecnego obwodu rówieńskiego, a dziadek Tadeusz z okolic Lwowa. Spotkali się gdzieś w Tarnopolu, gdzie jeszcze, tuz po wybuchu wojny, udało im się pobrać. Rodzice Tadeusza wyemigrowali statkiem do Nowego Świata z częścią licznego rodzeństwa. Część przeniosła się do Moskwy, a jedna z sióstr osiadła z mężem w Wielkopolsce. Tadeusz niedługo później zaciągnął się do Strzelców Podhalańskich i doszedł z frontem pod Berlin – za co zresztą dostał stosowne odznaczenie. Józia była sierotą. W wieku pięciu lat oddana została do domu dziecka. Nigdy nie udało się ustalić co się stało z jej rodzicami. Po opuszczeniu zakonnej ochronki opiekowała się dziećmi by zarobić na swoje utrzymanie. Potem udało jej się dostać pracę w cukrowni. Gdy świeżo upieczony mąż zawieruszył się na froncie postanowiła zostać sanitariuszką i ruszyła na jego poszukiwanie.
Gdy woja się zakończyła – praktycznie bez żadnego bagażu zjawili się razem w mieście. Najpierw – przez kilka lat mieszkali w jakiejś ruderze. Józia dorabiała jako krawcowa – szyjąc znajomym ubrania na starej, żeliwnej maszynie „Singer”. W tej atmosferze w rodzinie pojawiła się córka Teresa. Tadeusz otworzył własny zakład fryzjerski – z działem męskim i damskim. Zatrudniał fryzjerki i praktykantki. Panie z okolicy przychodziły się czesać. Do dnia dzisiejszego w rodzinnym archiwum pełno jest fotografii przedstawiających palące przed zakładem papierosy fryzjerki, z fryzurami wystylizowanymi przy pomocy ogromnej ilości lakieru do włosów na charakterystyczny dla tamtej epoki „hełmy”. Dziadek był konserwatystą i znienawidzonym przez komunistów prywaciarzem. Gnębiony podatkami i kontrolami ani myślał zrezygnować ze swojego zakładu. Zarabiał wystarczająco, by żona nie musiała pracować na etacie. Raz w tygodniu wydzielał jej kwotę konieczną na utrzymanie. Jej rola była jasno określona: miała przygotować wracającemu z zakładu mężowi dwudaniowy obiad, a w niedziele obowiązkowo rosół. W wolnym czasie mogła sobie szyć i uprawiać malutką działeczkę znajdującą się po przeciwnej stronie ulicy, nad płynącą nieopodal rzeczką. Miała tam porzeczki, truskawki, agrest, trochę warzyw i obowiązkowo niepryskane pomidorki dla późniejszego wnuka. W weekendy – oczywiście w tamtym czasie nie nazywane z amerykańska – chodzili razem z mężem na dancingi. Z czasem, gdy córka dorastała obciążana była obowiązkami, które aż ponad miarę zagospodarowywały jej wolny czas.
         Kamienica była nie wielka – dwupiętrowa, z zaledwie czterema mieszkaniami, piwnicą i strychem. Babcia Józia z dziadkiem Tadeuszem mieszkali na pierwszym piętrze sąsiadując z niejaką panią Wywrotową. Trudno po latach połapać się w charakterze tej znajomości. Wszystko wskazuje na to, że po pewnym czasie sąsiedzkiej zażyłości doszło między nimi do kłótni, która na zawsze zmieniła tę relację. Od tego czasu żyli niczym Kargul i Pawlak, drąc tak zwane koty przy każdej możliwej okazji, wlokąc się wzajemnie po sądach i robiąc różnorodne złośliwości. Wróg to wróg, ważne, że swój.
         Teraz, już ponad sześćdziesięcioletnia babcia Józia krzątała się przy kuchni w towarzystwie siedzącego na podłodze wnuczka. Gdzieś przy piecu wylegiwał się rudy kundelek o imieniu „Kala”. W pobliżu stał blaszany pojemnik na węgiel z pogrzebaczem i szufelką umożliwiająca dokładanie do pieca. Roznoszący się po mieszkaniu zapach wskazywał, że rosół już osiąga swoją właściwą formę. Gdy Tadeusz wróci z zakładu, posłusznie naleje mu na talerz i tradycyjnie zaprotestuje, że za dużo dodaje pieprzu, który i tak pozostaje na dnie talerza. Zbliżała się godzina 15, a do zrobienia było jeszcze tyle rzeczy. Tymczasem dwulatek nie daje za wygraną i głośno domaga się wyjścia na dwór.
- Babcia nie może teraz pójść z tobą na spacer, bo musi dzidziusiowi ugotować obiadek – próbowała tłumaczyć nic sobie z tego nie robiącemu brzdącowi. Jednak w odpowiedzi słyszała tylko coraz głośniejszy wrzask.
- Daj babci jeszcze chwileczkę. Babcia ci tutaj zaraz zorganizuje atrakcje. Nie wiele myśląc sięgnęła do półki, która robiła za domową spiżarnię i wyciągnęła kilogram mąki. Cały kilogram rozsypała na podłodze przed wrzeszczącym wnuczkiem.
- Masz, pobaw się w piaskownicy – powiedziała czule do wnuczka i wróciła do swoich obowiązków, zadowolona, że wrzask wyraźnie ucichł.
* * *

środa, 1 maja 2013

Rozpięty na ramionach jak sokół na niebie


Coś cholernie gniotło mnie w plecy. Oczy były zlepione i nie bardzo chciały się otworzyć. W pobliżu nie lokalizowałem żadnego dźwięku. Jedynie gdzieś w oddali słyszałem jakieś szuranie, jakieś kobiece głosy – wszystko jakby w tunelu, z wyraźnym pogłosem. Bardzo trudno było mi ruszyć głową, a usta miałem wysuszone na wiór. Najbardziej dokuczliwy był jednak wyraźnie przepełniony pęcherz. Powoli wysunąłem nogę spod kołdry ale wisiała w powietrzu. Gdzie ja do cholery w ogóle jestem? Nieważne – bez względu na wszystko muszę się najpierw odlać. Nie bez wysiłku udało mi się rozszczepić sklejone powieki, za którymi znajdowały się białe ściany, paskudne białe metalowe łóżka, a na wprost mnie wisiał drewniany krzyż. – Ja się chyba nigdy od niego nie uwolnię. Nawet tutaj łypie na mnie karcąco. „Rozpięty na ramionach jak sokół na niebie…”. W oazie często śpiewaliśmy te piosenkę i jakoś ją lubiłem, ale tym razem nie miałem najmniejszej ochoty żeby na mnie patrzył. Obok łóżka stał stojak na kroplówkę, z której kapał do rurki jakiś płyn. Podążając za nią dotarłem do mojej dłoni i ze zdziwieniem zobaczyłem, że to właśnie do niej a nie do przegubu łokciowego wkłuty jest wenflon. Jak się teraz wysikać? Rozglądnąłem się dookoła. W tej samej sali, na drugim jej końcu leżał jakiś facet ale spał. Było dosyć jasno, ale kompletnie nie byłem w stanie oszacować jaka jest pora dnia. Z łóżka trochę widać było korytarz szpitalny, a kobiece głosy stawały się wyraźniejsze. Próbowałem chyba coś zawołać, ale nie mam pojęcia co, ani jak głośny dźwięk udało mi się wydobyć. Byłem bezradny. Musiałem się jakoś ratować. Jeszcze sekunda i zleję się w gacie. Teraz dopiero zauważyłem, że mam jakąś dziwną pidżamę. Nie miałem innego wyjścia jak uwolnić się spod kroplówki. Wiedziałem, że nie należy tego robić taki sposób jak w filmach – jednym ruchem wyrywając sobie wenflony z kończyn. Wystarczy odkręcić rurkę od wenflonu, zamknąć zatyczkę i pójść do łazienki. Jak postanowiłem, tak zrobiłem. Tylko, że chyba nie udało mi się za szybko zamknąć otworu, ale nie było już czasu myśleć – bo natura wzywała bezlitośnie. Nie miałem pojęcia dlaczego tak trudno mi się chodzi. Opierając się o co tylko się dało wyszedłem na korytarz i oparłem się o ścianę. W głowie kręciło mi się jak na karuzeli, z dłoni na podłogę kapały krople krwi – a z krzyża patrzył na mnie cynicznie mój „Sokół”. Mógłbym przysiąc, że pomimo grymasu agonii na jego twarzy pojawił się też cyniczny uśmiech. Tak koczą ci, którzy się przeciwko niemu buntują. Nie byłem w stanie dłużej stać. Koło siebie usłyszałem przerażony kobiecy głos: - Panie Rotti, co pan robi?!
– Muszę do ubikacji.
– Panu nie wolno wstawać. Proszę do łóżka. Mamy cewnikować, czy skorzysta pan z…
Nie dosłyszałem z czego. Wiedziałem tylko jedno – żadnego cewnikowania. Tego na pewno nie zniosę. Nie wiem jak potoczyły się dalej sprawy. Do czegoś się wysikałem, nie mam pojęcia jak to coś wyglądało – zasnąłem.
* * *
Rozpięty na ramionach jak sokół na niebie
Chrystusie, Synu Boga, spójrz proszę na ziemię
(…) Uśmiechnij się przyjaźnie z wysokiego krzyża
Do ciężko pracujących, cierpiących na pryczach.