środa, 1 maja 2013

Rozpięty na ramionach jak sokół na niebie


Coś cholernie gniotło mnie w plecy. Oczy były zlepione i nie bardzo chciały się otworzyć. W pobliżu nie lokalizowałem żadnego dźwięku. Jedynie gdzieś w oddali słyszałem jakieś szuranie, jakieś kobiece głosy – wszystko jakby w tunelu, z wyraźnym pogłosem. Bardzo trudno było mi ruszyć głową, a usta miałem wysuszone na wiór. Najbardziej dokuczliwy był jednak wyraźnie przepełniony pęcherz. Powoli wysunąłem nogę spod kołdry ale wisiała w powietrzu. Gdzie ja do cholery w ogóle jestem? Nieważne – bez względu na wszystko muszę się najpierw odlać. Nie bez wysiłku udało mi się rozszczepić sklejone powieki, za którymi znajdowały się białe ściany, paskudne białe metalowe łóżka, a na wprost mnie wisiał drewniany krzyż. – Ja się chyba nigdy od niego nie uwolnię. Nawet tutaj łypie na mnie karcąco. „Rozpięty na ramionach jak sokół na niebie…”. W oazie często śpiewaliśmy te piosenkę i jakoś ją lubiłem, ale tym razem nie miałem najmniejszej ochoty żeby na mnie patrzył. Obok łóżka stał stojak na kroplówkę, z której kapał do rurki jakiś płyn. Podążając za nią dotarłem do mojej dłoni i ze zdziwieniem zobaczyłem, że to właśnie do niej a nie do przegubu łokciowego wkłuty jest wenflon. Jak się teraz wysikać? Rozglądnąłem się dookoła. W tej samej sali, na drugim jej końcu leżał jakiś facet ale spał. Było dosyć jasno, ale kompletnie nie byłem w stanie oszacować jaka jest pora dnia. Z łóżka trochę widać było korytarz szpitalny, a kobiece głosy stawały się wyraźniejsze. Próbowałem chyba coś zawołać, ale nie mam pojęcia co, ani jak głośny dźwięk udało mi się wydobyć. Byłem bezradny. Musiałem się jakoś ratować. Jeszcze sekunda i zleję się w gacie. Teraz dopiero zauważyłem, że mam jakąś dziwną pidżamę. Nie miałem innego wyjścia jak uwolnić się spod kroplówki. Wiedziałem, że nie należy tego robić taki sposób jak w filmach – jednym ruchem wyrywając sobie wenflony z kończyn. Wystarczy odkręcić rurkę od wenflonu, zamknąć zatyczkę i pójść do łazienki. Jak postanowiłem, tak zrobiłem. Tylko, że chyba nie udało mi się za szybko zamknąć otworu, ale nie było już czasu myśleć – bo natura wzywała bezlitośnie. Nie miałem pojęcia dlaczego tak trudno mi się chodzi. Opierając się o co tylko się dało wyszedłem na korytarz i oparłem się o ścianę. W głowie kręciło mi się jak na karuzeli, z dłoni na podłogę kapały krople krwi – a z krzyża patrzył na mnie cynicznie mój „Sokół”. Mógłbym przysiąc, że pomimo grymasu agonii na jego twarzy pojawił się też cyniczny uśmiech. Tak koczą ci, którzy się przeciwko niemu buntują. Nie byłem w stanie dłużej stać. Koło siebie usłyszałem przerażony kobiecy głos: - Panie Rotti, co pan robi?!
– Muszę do ubikacji.
– Panu nie wolno wstawać. Proszę do łóżka. Mamy cewnikować, czy skorzysta pan z…
Nie dosłyszałem z czego. Wiedziałem tylko jedno – żadnego cewnikowania. Tego na pewno nie zniosę. Nie wiem jak potoczyły się dalej sprawy. Do czegoś się wysikałem, nie mam pojęcia jak to coś wyglądało – zasnąłem.
* * *
Rozpięty na ramionach jak sokół na niebie
Chrystusie, Synu Boga, spójrz proszę na ziemię
(…) Uśmiechnij się przyjaźnie z wysokiego krzyża
Do ciężko pracujących, cierpiących na pryczach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz