Toksykologia to niesamowity oddział. W sali razem ze mną leży
fajny facet. Zgolony bardzo krótko, zajebiście przystojny, ma około trzydzieści
lat – czyli dla mnie idealnie. Odkąd pamiętam zawsze podobali mi się faceci
starsi ode mnie. Gdy miałem 7-8 lat (tak, już wtedy) zerkałem z zaciekawieniem
na tych z ósmej klasy, a gdy byłem siedemnastolatkiem wyraźnie w fantazjach
zaczęli pojawiać się trzydziestolatkowie. Ten nie tylko był przystojny. Był lekarzem
i – jak się okazało – miał także bujną fantazję. Razem z kolegami zrobili sobie
imprezę, zaprosili jakieś panienki. Po kilku flaszkach wpadli na pomysł, żeby
skosztować czegoś więcej. Przystojniak więc wypisał jakąś różową receptę na jakiś
narkotyk i w efekcie znalazł się na toksykologii. Był niepokornym pacjentem – o
wszystko pytał, a ostatnio na obchodzie usłyszał od lekarza reprymendę, że
teraz jest w roli pacjenta i to oni go leczą – więc żeby się nie zapominał.
Na oddziale było mnóstwo nastolatków, a każda z ich historii
była z serii kontynuacje i nawiązania do Romea i Julii. Dziewczyny, które
wszelkimi sposobami truły się dlatego, że faceci wzgardzili ich miłością i
przepełnieni bólem istnienia chłopcy, których ambicja nie zniosła tego, że ona
od nich odeszła. Niektórzy byli tutaj kolejny raz i bali się, że przeniosą ich
na psychiatrię. Szczególnie żal było gościa, który męczył się na OIOMie z
tętnem 240, który przedawkował jakieś leki podnoszące ciśnienie. Wszyscy
mówili, że niewyobrażalnie cierpi.
Mojego przystojniaka szybko zabrali z sali. Przyszedł lekarz
i bezceremonialnie oznajmił:
- Mam dla pana niespodziankę. Ma pan żółtaczkę, przenosimy
pana do izolatki.
Po tym jak się zachowywałem na oddziale nie mogę zrozumieć
dlaczego personel pozwalał pacjentom korzystać z telefonu. Gdy tylko odzyskałem
świadomość, splątanie mowy zmniejszyło się na tyle, że mogłem rozmawiać i
odzyskałem możliwość chodzenia prosto coś we mnie wstąpiło. Zachowywałem się jakbym
nażarł się nie tabletek uspokajających i nasennych ale jakiś powodujących
euforię. Trudno to opisać, ale dostałem totalnie małpiego rozumu. Byłem
przeszczęśliwy, że żyję, że się nie udało, że słońce tak ostro świeci za oknem.
Z tej nienaturalnej euforii nie chodziłem, ale niemal unosiłem się nad ziemią. Byłem
zupełnie nieracjonalny w swoim zachowaniu. Z entuzjazmem przywitałem chodzącego
po oddziale księdza, który rozdawał komunię. Natychmiast mu się wywnętrzniłem,
opowiedziałem że jestem gejem, że chciałem ze sobą skończyć ale się nie udało i
że niewyobrażalnie się cieszę. On jednak nie podzielił mojego entuzjazmu – powiedział,
że do przyjęcia komunii się nie nadaje i wyszedł. Jakoś zupełnie mnie to nie
dotknęło. Byłem jak na haju. Zacząłem wydzwaniać do najbliższych znajomych i
opowiadać im, że żyję i jestem z tego zadowolony.
Dopiera po dwóch dniach na spotkaniu z psychiatrą
dowiedziałem się, że po ostrym zatruciu lekami pojawia się taki dziwny stan – chyba
nazwał to psychozą intoksykacyjną i polecił pomyśleć dwa razy zanim do kogoś
zadzwonię. Było jednak już za późno. W euforii, która mi towarzyszyła zdążyłem poinformować o swoim stanie chyba wszystkich
znajomych, do których miałem telefony.
Nie pamiętam, żeby rodzice mnie odwiedzili. Chyba
rozmawialiśmy przez telefon, ale nic nie pamiętam. Zresztą pewnie nie było
czego zapamiętywać. Choćby nie wiem co się działo, nie zachowywali się tak,
jakby im na mnie zależało. Żeby zwrócić ich uwagę potrafiłem przechodzić z
jednego ekstremum w drugie, a oni i tak zawsze zachowywali się tak samo.
Za to odwiedził mnie ksiądz. Był moderatorem oazy do której
należałem. Był chyba pierwszym i najważniejszym wychowawcą, który wpłynął
znacząco na moje życie. Jakiś czas temu zauważył, że dzieje się ze mną coś
niepokojącego. Wcześniej pobożny i sumienny teraz stawałem się coraz bardziej
nieobecny i drażliwy. Ostatnio mieliśmy spięcie. Właściwie nie wiem o co
dokładnie poszło. O jakąś bzdurę. Faktem jednak jest to, że ostatnio
uczestniczenie w życiu religijnym było dla mnie bardzo trudne i bolesne, a
nawet dotkliwe wręcz fizycznie. Ostatnie pięć lat spędziłem na różnych obowiązkach
związanych z byciem lektorem, animatorem. Praktycznie każdy wolny czas
spędzałem albo w kościele, albo wśród znajomych z oazy. Teraz nie byłem w
stanie wytrzymać w kościele dłużej niż do kazania. Robiło mi się gorąco,
zaczynałem się dusić, a wszystkie święte figury zdawały się głośno krzyczeć
słowa potępienia ze swoich niewzruszonych cokołów. No i ten rozpięty na krzyżu „Sokół”.
Wydawało mi się, że wszyscy i wszystko co mnie otacza w kościele potępia mnie. To
było na granicy jakiejś paranoi - w
każdym razie musiałem się ewakuować szybko z każdego nabożeństwa. Oczywiście
takie moje nietypowe zachowanie nie mogło pozostać niezauważone. Więc któregoś
dnia ów moderator zwrócił mi uwagę, a ja zareagował pierwszy raz w życiu bardzo
ostro. Po takim wyskoku musiał się domyślić, że coś jest nie w porządku. Zadzwonił
do mnie tej samej niedzieli po południu i powiedział, że musimy porozmawiać i
to chyba natychmiast. W ciągu kwadransa miałem zjawić się na plebani. W czasie
spotkania zapytał co się dzieje, a ja mu opowiedziałem: o tym, że jestem gejem,
że walczę z tym od wielu lat, że nie daję już rady, że biorę leki uspokajające itd.
Po wyrzuceniu z siebie tego wszystkiego spotkałem się z najmądrzejszą reakcją,
jakiej można się spodziewać od duchownego. Popatrzył na mnie przerażony i
powiedział tylko jedno – Nie potrafię ci pomóc i nie mam pojęcie co powiedzieć,
bo boję się, że jeszcze pogorszę sytuację.
Teraz odwiedzał mnie – niedoszłego samobójcę – na oddziale w
szpitalu. Był tą mniej srogą twarzą Kościoła. Nie potępiał, nie wymsknęło mu
się nic, co mogłoby przeze mnie być tak odczytane.
Lekarze zastanawiali się czy przenieść mnie na detoks,
psychiatrię czy wypisać. Nie było wątpliwości, że byłem już uzależniony od
niektórych leków więc wszystko wskazywało na detoks. Jednak nie zgodziłem się.
Bardzo chciałem wyjść już na świat. Za oknem niesamowicie świeciło słońce, był
środek wakacji. Ja wprost kipiałem z radości, że żyję.
Lekarz poinformował, że mój test na HIV jest ujemny, ale
powinienem go powtórzyć za kilka miesięcy, jeśli były jakieś ryzykowne zachowania.
Mam zgłosić się natychmiast do poradni zdrowia psychicznego i pic dużo płynów…
Na koniec dostałem wypiskę z brzmiącą po łacinie informacją:
Tentamen suicidialis. Syndroma addictionis medicamentis. Perturbationes personalitatis (próba samobójcza, zespół uzależnienia lekowego, zaburzenia osobowości)