![]() |
| http://ebraunstein.deviantart.com/ |
W kuchni panował lekki chaos. Babcia Józia krzątała się przy żeliwnej kuchni na węgiel. Szykowała pyszny rosół. Tym razem ugotowany chyba standardowo – na kurczaku. Wnuk był alergikiem, więc trzeba było mu gotować najdelikatniejsze potrawy. Dziadek Tadek, w zabudowaniach znajdujących się w pobliskim ogrodzie hodował gołębie. Niekiedy więc poświęcano jednego młodego na dietetyczną i delikatną zupkę dla Krzysia. Kamienica, w której mieszkali był sprzed wojny. W latach pięćdziesiątych dostali tutaj przydział od miasta.
Oboje pochodzili z Kresów. Babcia
Józia z obecnego obwodu rówieńskiego, a dziadek Tadeusz z okolic Lwowa.
Spotkali się gdzieś w Tarnopolu, gdzie jeszcze, tuz po wybuchu wojny, udało im
się pobrać. Rodzice Tadeusza wyemigrowali statkiem do Nowego Świata z częścią
licznego rodzeństwa. Część przeniosła się do Moskwy, a jedna z sióstr osiadła z
mężem w Wielkopolsce. Tadeusz niedługo później zaciągnął się do Strzelców Podhalańskich
i doszedł z frontem pod Berlin – za co zresztą dostał stosowne odznaczenie.
Józia była sierotą. W wieku pięciu lat oddana została do domu dziecka. Nigdy
nie udało się ustalić co się stało z jej rodzicami. Po opuszczeniu zakonnej
ochronki opiekowała się dziećmi by zarobić na swoje utrzymanie. Potem udało jej
się dostać pracę w cukrowni. Gdy świeżo upieczony mąż zawieruszył się na
froncie postanowiła zostać sanitariuszką i ruszyła na jego poszukiwanie.
Gdy woja się zakończyła – praktycznie
bez żadnego bagażu zjawili się razem w mieście. Najpierw – przez kilka lat
mieszkali w jakiejś ruderze. Józia dorabiała jako krawcowa – szyjąc znajomym ubrania
na starej, żeliwnej maszynie „Singer”. W tej atmosferze w rodzinie pojawiła się
córka Teresa. Tadeusz otworzył własny zakład fryzjerski – z działem męskim i
damskim. Zatrudniał fryzjerki i praktykantki. Panie z okolicy przychodziły się
czesać. Do dnia dzisiejszego w rodzinnym archiwum pełno jest fotografii
przedstawiających palące przed zakładem papierosy fryzjerki, z fryzurami
wystylizowanymi przy pomocy ogromnej ilości lakieru do włosów na
charakterystyczny dla tamtej epoki „hełmy”. Dziadek był konserwatystą i
znienawidzonym przez komunistów prywaciarzem. Gnębiony podatkami i kontrolami
ani myślał zrezygnować ze swojego zakładu. Zarabiał wystarczająco, by żona nie
musiała pracować na etacie. Raz w tygodniu wydzielał jej kwotę konieczną na
utrzymanie. Jej rola była jasno określona: miała przygotować wracającemu z
zakładu mężowi dwudaniowy obiad, a w niedziele obowiązkowo rosół. W wolnym
czasie mogła sobie szyć i uprawiać malutką działeczkę znajdującą się po
przeciwnej stronie ulicy, nad płynącą nieopodal rzeczką. Miała tam porzeczki,
truskawki, agrest, trochę warzyw i obowiązkowo niepryskane pomidorki dla późniejszego
wnuka. W weekendy – oczywiście w tamtym czasie nie nazywane z amerykańska –
chodzili razem z mężem na dancingi. Z czasem, gdy córka dorastała obciążana
była obowiązkami, które aż ponad miarę zagospodarowywały jej wolny czas.
Kamienica była
nie wielka – dwupiętrowa, z zaledwie czterema mieszkaniami, piwnicą i strychem.
Babcia Józia z dziadkiem Tadeuszem mieszkali na pierwszym piętrze sąsiadując z niejaką
panią Wywrotową. Trudno po latach połapać się w charakterze tej znajomości.
Wszystko wskazuje na to, że po pewnym czasie sąsiedzkiej zażyłości doszło
między nimi do kłótni, która na zawsze zmieniła tę relację. Od tego czasu żyli
niczym Kargul i Pawlak, drąc tak zwane koty przy każdej możliwej okazji, wlokąc
się wzajemnie po sądach i robiąc różnorodne złośliwości. Wróg to wróg, ważne,
że swój.
Teraz, już
ponad sześćdziesięcioletnia babcia Józia krzątała się przy kuchni w
towarzystwie siedzącego na podłodze wnuczka. Gdzieś przy piecu wylegiwał się
rudy kundelek o imieniu „Kala”. W pobliżu stał blaszany pojemnik na węgiel z
pogrzebaczem i szufelką umożliwiająca dokładanie do pieca. Roznoszący się po
mieszkaniu zapach wskazywał, że rosół już osiąga swoją właściwą formę. Gdy
Tadeusz wróci z zakładu, posłusznie naleje mu na talerz i tradycyjnie zaprotestuje,
że za dużo dodaje pieprzu, który i tak pozostaje na dnie talerza. Zbliżała się
godzina 15, a do zrobienia było jeszcze tyle rzeczy. Tymczasem dwulatek nie
daje za wygraną i głośno domaga się wyjścia na dwór.
- Babcia nie może teraz pójść z tobą na spacer, bo musi
dzidziusiowi ugotować obiadek – próbowała tłumaczyć nic sobie z tego nie
robiącemu brzdącowi. Jednak w odpowiedzi słyszała tylko coraz głośniejszy
wrzask.
- Daj babci jeszcze chwileczkę. Babcia ci tutaj zaraz
zorganizuje atrakcje. Nie wiele myśląc sięgnęła do półki, która robiła za
domową spiżarnię i wyciągnęła kilogram mąki. Cały kilogram rozsypała na
podłodze przed wrzeszczącym wnuczkiem.
- Masz, pobaw się w piaskownicy – powiedziała czule do
wnuczka i wróciła do swoich obowiązków, zadowolona, że wrzask wyraźnie ucichł.
* * *

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz